sobota, 11 stycznia 2014

Rozdział 4

Idąc ulicą czułam na sobie wzrok, kogoś kto bał się do mnie podejść. Za każdym razem gdy odwracałam się na chodniku nikogo nie było. Lecz w pewnym momencie podbiegł do mnie napastnik, zasłonił mi buzię i zaciągnął do ślepego zaułka. Zobaczyłam szereg jego białych i lśniących zębów. Z kieszeni wyjął scyzoryk, krzyczałam:
-Proszę nic mi nie rób! Oddam ci wszystkie moje pieniądze!
Jednak napastnik zignorował mnie. Przejechał scyzorykiem po mojej ręce, z której od razu zaczęła sączyć się czerwona ciecz. Kopnęłam go i próbowałam uciec, ale on był szybszy. Uderzył mnie w twarz i w brzuch. Leżąc na ziemi wiłam się z bólu. Resztkami sił wołałam o pomoc, lecz ona nie nadchodziła. Napastnik powtórnie chciał przeciąć moja skórę nożem, ale w tym samym momencie pojawił się nie kto inny, a Ron. Co tu robił nie mam pojęcia. Uderzył napastnika odbierając mu przy tym samym narzędzie. Złapał mnie za rękę i pociągnął na ulice. Popatrzył mi głęboko w oczy i przytulił. Nie wiedząc co zrobić stałam jak słup soli. Chłopak zabrał mnie do swojego domu i opatrzył. Musiałam zmienić swoją koszulę, która była zniszczona i przesiąknięta krwią. W zamian dostałam za dużą męską koszulkę. Rana na ręce miała około piętnastu centymetrów. Miałam poobijany brzuch i lekkie fioletowe oko. Wszystko udało mi się ukryć pod dużą warstwą makijażu. Właśnie miałam wyjść gdy usłyszałam słowa Rona:
-Jenna, dobrze się czujesz może powinnaś jeszcze trochę poczekać? Moi rodzice wrócą wieczorem.
Jego troskliwa strona była urocza.
-Jest dobrze. Jeśli nie wrócę przed zmierzchem moja mama będzie się martwić. Ale dziękuje za propozycję i przepraszam za to, że uderzyłam cię wtedy w twarz nie powinnam...
-Rozumiem, nie musisz się smucić.-powiedział chłopak. Założył buty i wyszedł razem ze mną. Obydwoje czuliśmy się bezpieczniej idąc razem, nawet jeśli nic już nas nie łączyło. Za każdym razem gdy słyszałam jakiś dźwięk, szept czy coś innego łapałam Rona za rękę, ale zaraz potem puszczałam ją z zawstydzenia.  Gdy wreszcie dotarliśmy do domu podziękowałam mu za troskę i życzyłam bezpiecznej drogi.
Weszłam do domu najciszej jak umiałam.
-Oby mama nie usłyszała.- modliłam się w duchu. I znowu moje prośby znowu zostały wysłuchane. Zamknęłam pokój na klucz i położyłam się spać.
Więc przez parę następnych dni nic ciekawego się nie działo. Rany zagoiły się. Na ręce został zarys blizny. Zoe nie odwiedziła mnie ani razu, tajemniczy napastnik nie dawał oznak życia. Lecz jeden dzień nie skończył się tak jak myślałam. Wstałam jak zwykle rano, ubrałam się w jeansy, luźny sweterek i kremowe buty na obcasie. Zjadłam śniadanie i poszłam w stronę szkoły. Po drodze spotkałam paru znajomych, ale nie chcieli ze mną rozmawiać. Nigdy nie myślałam, że zostanę sama...bez przyjaciół. Droga wydawała mi się szara i pusta. Jakby straciła wszystkie barwy, z których zawsze czerpałam przyjemność razem...z Zoe. Nie miałam dzisiaj ochoty na szkołę. Przeszłam przez ulicę i poszłam w stronę kina puszczającego nieme filmy. Zawsze tam przychodziłam gdy chciałam się zrelaksować, pospać lub po prostu pomyśleć. Kupiłam bilet  i skierowałam się na sale. Zazwyczaj była pusta, lecz na samym dole siedział ktoś, kto wyczekiwał mojego przyjścia. Chciałam uciekać, lecz drzwi zamknęły się z hukiem. Osoba w ciemnym płaszczu podeszła do mnie, w ręce trzymała benzynę, zapałkę i ogień. Rozlała ciecz, dosłownie minutę później podpaliła ją. Czułam, że umrę, żar ranił moje ręce.
-Pokaż swoją twarz, kim jesteś?!-krzyknęłam.
-To nie twoja sprawa.-odpowiedział "ktoś"
-Dlaczego to robisz?! Może zrobiłam ci kiedyś coś złego, ale teraz już taka nie jestem!
-To NIE JA CHCĘ CIĘ SKRZYWDZIĆ. Robię to na polecenie.-odpowiedział tajemniczy człowiek. W tym samym momencie na salę wbiegli strażacy. Zaczęli gasić ogień, ale ten ktoś już zdążył uciec. Zostałam wyprowadzona na świeże powietrze. Nie miałam większych ran oprócz lekko spalonych rąk. Strażacy zapytali czy mają po kogoś zadzwonić. Jednak na tym świecie nie było już nikomu komu mogłam na tyle zaufać. Odmówiłam i poszłam w stronę pobliskiej kawiarni. Zamówiłam dużą kawę i usiadłam na miękkiej pufie. Moje powieki stały się bardzo ciężkie aż w końcu zasnęłam. Widziałam wielką czarną plamę, która w końcu przekształciła się w potwora. Złapał mnie w swoje silne łapy i...
Obudziłam się, na plecach niósł mnie Ron. Ktoś musiał do niego zadzwonić.
-Możesz mnie już puścić, już nie śpię.-powiedziałam.
-Oh Jenna, obsługa z kawiarni zadzwoniła...-oznajmił chłopak.
-Nie musisz się tłumaczyć. Dziękuję za to, że po mnie przyszedłeś.-powiedziałam. Następnie stanęłam na palcach i pocałowałam chłopaka. Magiczne ciepło wypełniło mnie od środka. Ta chwila mogła trwać wiecznie.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dzięki za czytanie mam nadzieję, że się podobało. Proszę zostawiajcie komentarze.

1 komentarz:

  1. Ciekawe kim jest ten >ktoś< ... A cały rozdział boskii :} Czekam na następne

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy